ul. Dąbrowszczaków 39, I p.
10-542 Olsztyn (mapa)
Król, który dotykał i uzdrawiał
W jednym z poprzednich tekstów opisywałem wiarę w magiczne włosy króla obecną w Królestwie Franków. Elementów sakralizacji władzy świeckiej w średniowiecznej, a później także nowożytnej Francji jest jednak znacznie więcej. Najdłużej utrzymującym się był rytuał dotyku królewskiego (fr. le toucher royal). Wierzono, że położenie rąk władcy na osobie chorej ma moc uzdrowienia jej. Uzdrowienie to było szczególnie skutecznym remedium na jedną, obecnie zapomnianą już chorobę.
Tradycja ta sięga czasów bardzo dawnych. Już Chlodwig, pierwszy chrześcijański król Franków, miał być obdarzony szczególną mocą, choć źródła milczą o konkretnych cudach. Dopiero w XI wieku pojawiają się pierwsze świadectwa rytuału uzdrawiania, związanego z osobą Roberta Pobożnego. Od tego momentu dotyk królewski staje się elementem praktyki władzy.
Choroba królewska
Najczęściej „leczoną” chorobą były skrofuły, czyli gruźlicze zapalenie węzłów chłonnych. W średniowieczu choroba ta była powszechna. Brak higieny, niedożywienie i ciasnota miast sprzyjały jej rozwojowi. Twarze i szyje chorych bywały pokryte ropiejącymi guzami, a widok skrofulika budził lęk i odrazę. Dla ludzi epoki była to choroba szczególna; długotrwała, nawracająca, czasem jednak ustępująca sama z siebie. Idealna, by przypisać jej cudowny charakter. To właśnie na nią najskuteczniejszym (według niektórych podań jedynym) lekiem był dotyk królewski, czasami okraszony znakiem krzyża i słowami: „Król cię dotyka, a Bóg uzdrawia” (fr. Le Roi te touche, Dieu te guérit).
Cud i polityka
Kościół patrzył na ten rytuał z rosnącą nieufnością. Reforma gregoriańska XI wieku dążyła do wyraźnego rozdziału władzy świeckiej i duchownej. Papieże uznawali królewskie uzdrawianie za uzurpację. Królewski dotyk, jak i inne zwyczaje związane z sakralizacją władzy świeckiej w średniowieczu (jak np. odpuszczanie grzechów swoim rycerzom przed bitwą) były jednak przez Kościół co do zasady tolerowane.
Królowie Francji myśleli jednak inaczej. Dla nich cud królewski był dowodem boskiego pochodzenia władzy. Sięgał czasów Chlodwiga, a więc samych fundamentów monarchii. Broniąc rytuału, bronili nie tylko tradycji, lecz także swojej pozycji wobec Kościoła. Z czasem uzdrawianie stało się elementem ideologii monarchii absolutnej, znakiem, że król stoi ponad wszystkimi, nawet duchowieństwem.
Koniec świętego króla
Wszystko to zaczęło się kruszyć dopiero w XVIII wieku. Oświecenie podważyło wiarę w cuda, a wraz z nią wiarę w sakralny charakter monarchii. Król przestał być pośrednikiem między Bogiem a ludem. Stał się człowiekiem – obywatelem. Egzekucja Ludwika XVI była ostatecznym dowodem na to, że krew w królewskich żyłach nie różni się niczym od krwi jego poddanych. Był to symboliczny moment odarcia monarchii za wszystkiego, łącznie z jej świętością. Po rewolucji francuskiej, mimo okresu restauracji, nie patrzono na władzę królewską tak samo. Symbolicznym epilogiem tej wielowiekowej tradycji był rok 1825. Wówczas to Karol X, król z czasów restauracji Burbonów, zdecydował się jeszcze raz odprawić rytuał uzdrawiania chorych na skrofuły. Był to już wówczas gest anachroniczny i zwyczajnie śmieszny. Ceremonia Karola X nie wzbudziła wiary, lecz ironię prasy. Gazety epoki opisywały ją z drwiną (na tyle na ile było to możliwe), traktując ją nie jako akt pobożności, lecz jako osobliwy relikt minionych wieków. Po 1825 roku nikt nie próbował już wracać do tej praktyki. Cud królewski przeszedł definitywnie do historii. Rytuał ten znany był również w innych częściach Europy (przede wszystkim na Wyspach Brytyjskich), nigdzie jednak nie był uskuteczniany tak długo jak we Francji.
Dominik Sucharzewski
Na pierwszy rzut oka Boże Narodzenie w całej Kanadzie może wydawać się bardzo podobne: udekorowane choinki, rodzinne posiłki, wymiana prezentów i zimowe tradycje obecne od wybrzeża do wybrzeża. Pod tymi powierzchownymi podobieństwami kryją się jednak dwa odmienne modele kulturowe Bożego Narodzenia; jeden ukształtowany w Quebecu, drugi w anglojęzycznych prowincjach Kanady. Zrozumienie ich korzeni historycznych pomaga wyjaśnić, dlaczego w Quebecu tak centralną rolę odgrywa Wigilia, dlaczego święta koncentrują się tam na jedzeniu i rytuale oraz dlaczego w anglosaskiej Kanadzie większy nacisk kładzie się na pierwszy dzień świąt, obdarowywanie prezentami i bardziej skomercjalizowany charakter świąt.
Boże Narodzenie w Quebecu ma swoje korzenie bezpośrednio w Nowej Francji (1608–1760), kolonii założonej i zamieszkanej niemal wyłącznie przez francuskich katolików. W tym kontekście święta były przede wszystkim uroczystością religijną, głęboko zakorzenioną w katolickim kalendarzu liturgicznym. Życie społeczne i codzienne podporządkowane było Kościołowi, szczególnie w czasie długich zim doliny Rzeki Świętego Wawrzyńca.
Centralnym wydarzeniem świąt była pasterka (la messe de minuit) odprawiana w noc wigilijną. Rodziny często pokonywały duże odległości w trudnych warunkach, aby wziąć w niej udział, po czym zbierały się na późnonocny, uroczysty posiłek zwany „réveillon”. Ten zwyczaj odzwierciedlał ówczesną praktykę katolickiej Europy, gdzie dni świąteczne rozpoczynają się wieczorem dnia poprzedzającego.
Ze względu na izolację pierwszych osad francusko-kanadyjskich oraz surowe zimy, Boże Narodzenie stało się świętem zbiorowego przetrwania i ciągłości, a nie widowiska. Podkreślano w nich przede wszystkim spójność rodziny, przekazywanie tradycji z pokolenia na pokolenie, sycące, symboliczne potrawy, takie jak tourtière czy ragout, tradycję ustną, pieśni i folklor. Święta nie były więc zaprojektowane z myślą o rozrywce dla dzieci ani o pobudzaniu handlu.
Po brytyjskim podboju w 1760 roku francuskojęzyczni katolicy stali się mniejszością kulturową w obrębie Imperium Brytyjskiego. W tej nowej rzeczywistości administracja brytyjska przekazała dużą część zadań przynależnych administracji kolonialnej na rzecz Kościoła katolickiego, w tym edukację oraz ochronę zdrowia. Kościół korzystając ze swych przywilejów przybrał w Quebecu dodatkową rolę strażnika języka francuskiego, kultury i tożsamości w opozycji do Anglosasów. Tradycje bożonarodzeniowe stały się w związku z tym aktami ochrony dziedzictwa, kultury i języka. Podtrzymywanie pasterki, francuskich kolęd i katolickich rytuałów było sposobem na opór wobec asymilacji i utrwalanie pamięci zbiorowej. Dzięki temu Quebec zachował starszą, bardziej europejską formę Bożego Narodzenia znacznie dłużej niż inne regiony Ameryki Północnej.
Spokojna Rewolucja lat 60. XX wieku doprowadziła do gwałtownego spadku wpływu Kościoła w Quebecu. Uczestnictwo w nabożeństwach zmalało, a Boże Narodzenie utraciło dużą część swojego religijnego charakteru. Mimo to struktura kulturowa świąt okazała się niezwykle trwała. Pasterka przestała być aż tak powszechna, lecz nocne spotkania rodzinne, tradycyjne potrawy oraz kolędy pozostały. W dzisiejszym Quebecu Boże Narodzenie bywa postrzegane jako święto najpierw kulturowe, a dopiero potem religijne. Oczywiście zachodzą wyraźne różnice pomiędzy dużymi miastami a obszarami wiejskimi, jednakże sekularny charakter świąt jest trendem ogólnospołecznym.
W anglojęzycznej Kanadzie tradycje związane z Bożym Narodzeniem rozwijały się znacznie wolniej. Wielu brytyjskich protestantów, zwłaszcza purytanów, często odnosiło się do niego z podejrzliwością. Uważano je za zbyt katolickie, zbyt rozwiązłe moralnie oraz pozbawione wyraźnego uzasadnienia biblijnego. W XVIII wieku święta obchodzono skromnie albo wcale, a Nowy Rok bywał ważniejszym wydarzeniem towarzyskim.
Współczesna forma anglosaskiego Bożego Narodzenia wykształciła się głównie w XIX wieku, pod wpływem kultury wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii. To wówczas upowszechniono tradycję choinki, powstała „Opowieść wigilijna” Charlesa Dickensa, oraz skoncentrowano obchodzenie Świąt Bożego Narodzenia wokół domu i rodziny odchodząc od modelu nabożeństw kościelnych w tym okresie roku. Jako część Imperium Brytyjskiego anglojęzyczna Kanada szybko przejęła te wiktoriańskie zwyczaje poprzez prasę, książki i wspólne normy kulturowe. Boże Narodzenie stało się symbolem mieszczańskiej stabilności, harmonii społecznej i szacunku znacznie bardziej niż aktem religijnej pobożności.
W XX wieku Stany Zjednoczone wywarły ogromny wpływ na sposób obchodzenia Bożego Narodzenia w anglosaskiej Kanadzie. Hollywood, reklama, radio i telewizja spopularyzowały postać Świętego Mikołaja, filmy świąteczne oraz konsumpcyjny charakter świąt. W rezultacie Boże Narodzenie nabrało charakteru silnie skomercjalizowanego, skoncentrowanego wokół poranku pierwszego dnia świąt (to wówczas w kulturze anglosaskiej rozdaje się prezenty), ściśle powiązanego z zakupami i wyprzedażami.
Boże Narodzenie w Quebecu i w anglojęzycznej Kanadzie nie tylko rozwijało się w różny sposób — zostało zbudowane na zupełnie odmiennych fundamentach. W Quebecu wyrosło z przedindustrialnego, katolickiego społeczeństwa nastawionego na przetrwanie i ochronę tożsamości. W anglosaskiej Kanadzie zostało w dużej mierze ukształtowane w XIX wieku, pod wpływem ideałów wiktoriańskich, a następnie wzmocnione przez amerykańską kulturę konsumpcyjną. Dziś te dwa modele współistnieją w jednym państwie, czasem się przenikając, a czasem pozostając odrębne. Razem stanowią rzadki przykład tego, jak jedno święto może wyrażać dwie równoległe historie kulturowe, z których każda snuje własną opowieść o wierze, rodzinie i znaczeniu zimowego świętowania.
Dominik Sucharzewski
Podczas gdy frankofońska Kanada wciąż funkcjonuje i rozwija się, nic nie pozostało po dawnym francuskim imperium kolonialnym w Ameryce Północnej, wie to każdy. Czy aby na pewno?
Do czasów współczesnych ostał się, niczym samotna wioska Galów z komiksów Goscinnego, ostatni skrawek dawnego imperium. Są nim Wyspy Saint-Pierre et Miquelon, francuska wspólnota zamorska u wybrzeży Nowej Fundlandii. Grupa niewielkich wysp, zamieszkanych przez zaledwie sześć tysięcy mieszkańców, jest ostatnią pozostałością po dawnej Nowej Francji rozciągającej się niegdyś od Montrealu po Nowy Orlean.
Wyspy dorsza i pionierów
Historia wysp od samego początku związana była z połowami dorsza, ryby, która w XVII wieku była jednym z najcenniejszych surowców w Europie. Wyspy odkryte zostały prawdopodobnie jeszcze przez Portugalczyków na początku XVI wieku, jednak to wyprawy Jacques’a Cartiera, jednego z najważniejszych francuskich odkrywców Ameryki Północnej, położyły podwaliny pod ich zasiedlenie.
Pierwsza stała osada na Saint-Pierre i Miquelon powstała w 1604 roku. Zamieszkali tam pionierzy z Baskonii, Bretanii i Normandii, którzy wykorzystywali wyspy jako bazę do połowów i suszenia dorsza, eksportowanego później do Francji. Wkrótce archipelag został włączony do francuskiej kolonii Akadia, będącej częścią większej struktury, Nowej Francji. Przez ponad sto lat wyspy pozostawały w rękach Francuzów.
Wojny i utraty
W wyniku wojny o sukcesję hiszpańską i traktatu w Utrechcie z 1713 roku całe terytorium Nowej Fundlandii przekazane zostało Brytyjczykom. Podobny los spotkał francuską społeczność Saint-Pierre i Miquelon.
Po kolejnej wojnie, wojnie siedmioletniej (1756–1763), Francja utraciła wszystkie swoje terytoria w Kanadzie, ale na mocy traktatu paryskiego z 1763 roku zdołała odzyskać niewielki archipelag Saint-Pierre i Miquelon jako bazę rybacką. To był symboliczny, ostatni przyczółek francuskiej obecności w Nowym Świecie.
W następnych dekadach wyspy były wielokrotnie plądrowane, okupowane i wysiedlane, szczególnie podczas konfliktów francusko-brytyjskich. Mimo to nigdy nie przestały formalnie należeć do Francji.
Przemyt i prohibicja
Jednym z najbarwniejszych epizodów w historii wysp były lata 20 XX wieku, kiedy to Saint-Pierre i Miquelon stały się centrum przemytu alkoholu do Stanów Zjednoczonych.
W czasach amerykańskiej prohibicji (1920–1933) francuski archipelag kwitł jak nigdy wcześniej. Był legalnie francuski, a więc mógł importować alkohol z Europy, który następnie przemycano na amerykańskie wybrzeże.
Na wyspach powstawały magazyny, bary, a miejscowa gospodarka przeżyła prawdziwy boom. Dopiero koniec prohibicji położył kres tej złotej dekadzie.
Saint-Pierre i Miquelon dziś
Dziś Saint-Pierre i Miquelon stanowią wspólnotę zamorską Francji (collectivité d’outre-mer). Nie jest to departament w klasycznym sensie, jak Martynika czy Gwadelupa, ale terytorium o szerokiej autonomii, podległe bezpośrednio Paryżowi.
Na czele lokalnych władz stoi prefekt, reprezentujący rząd francuski, oraz Rada Terytorialna wybierana przez mieszkańców. Na wyspach obowiązuje francuskie prawo oraz używa się euro.
Społeczeństwo liczy nieco ponad 6 tysięcy osób, z czego większość stanowią potomkowie osadników z Normandii, Bretanii i Baskonii. Głównym źródłem utrzymania są dziś rybołówstwo, administracja publiczna, usługi i turystyka, przy czym gospodarka jest w dużej mierze wspierana finansowo przez Francję.
Na ulicach słychać francuski akcent, sklepy wyglądają jak w Normandii, a codzienny rytm życia wyraźnie różni się od tego w Kanadzie, mimo że do Nowej Fundlandii jest zaledwie 25 kilometrów.
Niezależność czy integracja?
Na przestrzeni XX wieku pojawiały się pomysły połączenia archipelagu z Kanadą lub uzyskania niepodległości. Dyskusje nasiliły się zwłaszcza po II wojnie światowej, gdy terytorium przeszło przemiany administracyjne.
W referendum z 1982 roku większość mieszkańców opowiedziała się jednak wyraźnie za pozostaniem przy Francji, odrzucając pomysł integracji z Kanadą.
Dla mieszkańców Saint-Pierre i Miquelon przynależność do Francji jest nie tylko kwestią gospodarczą, ale też elementem tożsamości, symbolicznym związkiem z historią Nowej Francji i kulturą metropolii.
Dziedzictwo
Dziś wyspy są żywym muzeum dawnej Nowej Francji. Ich nazwy, język, architektura i codzienne rytuały przypominają o epoce, gdy Francja marzyła o imperium sięgającym od Labradoru po Zatokę Meksykańską.
Dominik Sucharzewski
W poprzednim wpisie pisałem o ekonomicznej genezie osadnictwa francuskiego na terenie dzisiejszej Kanady. W tym tekście pochylę się nad kwestiami językowymi i tożsamościowymi. Zanim powstała jakakolwiek administracja kolonialna, zanim ukształtowały się granice i instytucje, pionierzy i odkrywcy musieli nadać nazwy nowym miejscom. Tak właśnie narodziły się terminy: Acadie, Canada, Quebec i Nouvelle-France.
Na długo przed tym, jak Acadie, Canada i Quebec zaczęły funkcjonować jako nazwy konkretnych regionów, Francuzi używali jednego, ogólnego określenia: Nouvelle-France, czyli Nowa Francja. Było to pojęcie administracyjne, ale też ideologiczne. Oznaczało wszystkie ziemie w Ameryce Północnej, do których Francja rościła sobie prawa od XVI wieku.
Terytorium Nowej Francji było ogromne, choć słabo zaludnione. Obejmowało dolinę rzeki Świętego Wawrzyńca (dzisiejszy Quebec), wybrzeża Atlantyku (Acadie), region Wielkich Jezior i wnętrze kontynentu (Canada), a także rozległe połacie na południu, które z czasem nazwano Louisiane. Z czasem poszczególne obszary zaczęły rozwijać własne tożsamości, a nazwy regionalne nabierać autonomicznego znaczenia.
Akadia (fr. Acadie) to jedna z pierwszych nazw francuskich kolonii w Ameryce Północnej. Obejmowała tereny dzisiejszej Nowej Szkocji, Nowego Brunszwiku, Wyspy Księcia Edwarda, a także część obecnego stanu Maine. Skąd wzięła się ta nazwa? Istnieje kilka teorii.
Niektórzy badacze twierdzą, że wywodzi się ona z greckiego „Arkadia” — idealizowanej krainy spokoju i łagodności, znanej z literatury renesansowej. Inni wskazują na rdzenne źródła — termin mógł pochodzić z języków algonkińskich lub mikmakskich i oznaczać „ziemię” albo „osadę”. Niewykluczone też, że oba wątki splotły się w praktyce językowej i kartograficznej ówczesnych Europejczyków.
Przez ponad sto lat Akadia rozwijała się jako francuska kolonia nad Atlantykiem. Powstała tam unikalna społeczność, czyli Akadyjczycy. Była to ludność francuskojęzyczna, silnie zakorzeniona w lokalnej kulturze i krajobrazie. Ich historia została brutalnie przerwana w połowie XVIII wieku. W latach 1755–1764 Brytyjczycy przeprowadzili tzw. Wielką Deportację (fr. le Grand Dérangement), zmuszając tysiące rodzin do opuszczenia domów. Część z nich trafiła do Luizjany, gdzie ich potomkowie znani są dziś jako Cajuns.
Do dziś Acadie pozostaje symbolem utraconej ojczyzny, przetrwania i tożsamości. Flaga Akadii powiewa w Nowym Brunszwiku, a 15 sierpnia obchodzony jest Dzień Akadii. W Luizjanie Cajuns często nazywają samych siebie Cadien. Jest to uproszczona, fonetyczna wersja dawnego Acadien.
Historia nazwy Canada zaczyna się bardzo niepozornie. W 1535 roku Jacques Cartier, eksplorując okolice dzisiejszego Quebecu, usłyszał od miejscowych Irokezów słowo kanata, które oznaczało po prostu „wioskę” lub „osadę”. Mieszkańcy wskazywali tak na konkretną osadę — Stadaconę. Cartier błędnie zinterpretował to jako nazwę całego regionu.
Termin ten szybko się przyjął. Od połowy XVII wieku funkcjonował on jako określenie głównej francuskiej kolonii w dolinie Świętego Wawrzyńca. Po przejęciu tych ziem przez Brytyjczyków w 1763 roku, a później po unii kolonii w 1867 roku, Canada stała się oficjalną nazwą państwa. Dziś słowo pochodzące z rdzennego języka, oznaczające skromną wioskę, odnosi się do drugiego największego kraju na świecie.
W rozważaniach o nazwach nie sposób pominąć Quebecu — terminu, który dziś jednoznacznie kojarzy się z frankofońską Kanadą. Nazwa ta wywodzi się najprawdopodobniej z języka algonkińskiego. Słowo kebec oznaczało „gdzie rzeka zwęża się” lub „miejsce, gdzie wody się zbiegają”. Rzeczywiście w okolicach dzisiejszego miasta Quebec rzeka Świętego Wawrzyńca znacząco się zwęża, tworząc naturalny punkt strategiczny.
To właśnie tam, w 1608 roku, Samuel de Champlain założył stałą osadę francuską w Kanadzie. Miejsce to szybko stało się centrum administracyjnym, wojskowym i handlowym Nowej Francji. Kiedy w XIX wieku nazwa Canada zaczęła odnosić się do całego państwa, określenie Quebec przejęło rolę nazwy regionalnej. Dziś odnosi się zarówno do miasta, jak i do prowincji, w której język francuski nadal pozostaje żywy i dominujący.
Frankofońskich nazw w Ameryce Północnej jest wiele. Każda z nich nosi ładunek emocjonalny i tożsamościowy, a ich genezy często pozostają prozaiczne i przypadkowe.
Dominik Sucharzewski
Na naszym blogu ruszamy z nowym cyklem, w którym opowiadać będziemy o historii, zwyczajach i kulturze frankofońskiej Kanady. W odcinku pierwszym – opowieść o fundamentalnym znaczeniu, jakie miały bobry (a właściwie: ich futra) w rozwoju francuskiego osadnictwa w Ameryce Północnej, a co za tym idzie – w powstaniu Montrealu i całej dzisiejszej prowincji Quebec.
Współczesnemu Europejczykowi Kanada kojarzy się głównie z syropem klonowym i grą w hokeja. Nie zawsze jednak tak było. W XVII i XVIII wieku kraj ten znany był przede wszystkim jako źródło bobrzego futra – surowca pożądanego, cennego i absolutnie niezbędnego.
Futro warte imperium
W Europie trwała tzw. mała epoka lodowcowa – zimy były długie i srogie, a produkcja odzieży odbywała się głównie w niewielkich manufakturach. W świecie przedindustrialnym nie było nic bardziej praktycznego i luksusowego niż bobrze futro: ciepłe, trwałe i doskonałe do wyrobu filcu, z którego szyto min. modne kapelusze.
Skutki? W Europie Zachodniej bobry niemal wyginęły – do dziś np. we Włoszech żyje ich tylko około 60 sztuk. Surowca zaczęto więc szukać gdzie się da: na ziemiach Rzeczypospolitej, w syberyjskiej tajdze, a w końcu – za oceanem. Tak właśnie bobry stały się, zupełnie nieświadomie, czynnikiem państwotwórczym współczesnej Kanady.
Francuzi nad Świętym Wawrzyńcem
Początkowe osadnictwo francuskie koncentrowało się w dolinie rzeki Świętego Wawrzyńca. Można nią było łatwo spływać w głąb kontynentu – gdzie wiatry były łagodniejsze, a warunki obronne lepsze niż w portach nad oceanem.
Osadnicy szybko dostrzegli, że rzeki i jeziora tych ziem są pełne bobrów, jakich nie widziano w Europie od dziesięcioleci. Uznano ten obszar za doskonałe miejsce dla kolonizacji i handlu. Aby wesprzeć pionierskie wysiłki, kardynał Richelieu, na polecenie króla Ludwika XIII, powołał w 1627 roku Kompanię Stu Wspólników (fr. La Compagnie des Cent-Associés). Jej oficjalna nazwa brzmiała Kompania Nowej Francji (fr. La Compagnie de la Nouvelle-France). To właśnie pod tą nazwą Francuzi zaczęli identyfikować te ziemie.

Coureurs des bois – bobrzy akwizytorzy
Kluczowe znaczenie miała tu współpraca z rdzenną ludnością. Francuzi, w przeciwieństwie do Brytyjczyków czy Hiszpanów, nie budowali potęgi na podboju, lecz na handlu. W relacjach z plemionami opierali się na systemie wymiany, który uznawany jest przez współczesnych historyków za względnie uczciwy.
Rdzenne społeczności miały wielowiekowe doświadczenie w polowaniu na bobry, choć nigdy wcześniej na taką skalę. Wiele plemion zaczęło specjalizować się wyłącznie w tej dziedzinie. Nowa Francja zamieniła się w jedno wielkie przedsiębiorstwo futrzarskie: miasta były faktoriami, drogi – rzekami, a walutą – futro.
Wykształciła się też unikalna postać handlarza – coureur des bois, czyli dosłownie „gońca leśnego”. Nie byli to zwykli kupcy. Byli traperami, odkrywcami, tłumaczami i pośrednikami kulturowymi w jednej osobie.
Francuzi nie tylko siedzieli w faktorii i liczyli skóry. Futro trzeba było zdobyć – dotrzeć do rdzennych społeczności, wynegocjować wymianę, przetransportować towar przez setki kilometrów dzikich lasów i jezior. Coureurs des bois żyli wśród Indian, poznawali ich języki, obyczaje, a często także wchodzili z nimi w związki małżeńskie.
To właśnie oni jako pierwsi Europejczycy zobaczyli Wielkie Jeziora, Góry Skaliste i równiny Manitoby – wszystko to w pogoni za bobrem.
Montreal – bobrze miasto
W 1642 roku Paul de Chomedey de Maisonneuve założył osadę Ville-Marie – dziś znaną jako Montreal. Jej położenie, u zbiegu szlaków wodnych, czyniło z niej idealny punkt handlowy. W krótkim czasie Montreal stał się centrum futrzanego imperium: magazynem, portem przeładunkowym i punktem kontaktowym z interiorem. Bez bobrów nie byłoby tego największego frankofońskiego miasta po drugiej stronie Atlantyku.
Bóbr zarzewiem konfliktu
Oczywiście Francuzi nie byli jedynymi, którzy chcieli zarobić na gryzoniach. W 1670 roku Anglicy założyli Kompanię Zatoki Hudsona (ang. Hudson’s Bay Company) – korporację z królewską kartą i ogromnymi ambicjami. Zamiast korzystać z rzek, jak Francuzi, Anglicy użyli Zatoki Hudsona jako bazy wypadowej w głąb kontynentu. Wraz z tym wydarzeniem rozpoczęła się długa rywalizacja francusko-angielska o futra, ziemie i wpływy – temat, do którego niewątpliwie wrócimy w kolejnych odcinkach.
Dziedzictwo bobrów
Kiedy w XIX wieku Kanada budowała swoją tożsamość narodową, bóbr nie został zapomniany. Stał się symbolem ciężkiej pracy, zaradności i pomysłowości – cech uznawanych za typowo kanadyjskie.
Dziś widnieje na monecie 5-centowej, w herbie Kanady, nazwach wielu orderów i instytucji. W 1975 roku bóbr został oficjalnie ogłoszony narodowym zwierzęciem Kanady. Całkiem niezła kariera jak na gryzonia, którego przez wieki bardziej ceniono martwego niż żywego.

Początki frankofońskiej Kanady to klasyczna opowieść z Nowego Świata: o ekspansji ekonomicznej, odwadze, harcie ducha i spotkaniu kultur. W czasach, gdy Europa marzyła o eleganckim kapeluszu, Nowa Francja budowała swoją przyszłość na futrze bobra.
Dominik Sucharzewski
Pikardia to historyczny region położony w północnej części Francji, słynący z niezwykłego dziedzictwa architektonicznego, malowniczych krajobrazów i silnej tożsamości kulturowej. Od reformy administracyjnej w 2016 roku, wraz z Nord-Pas-de-Calais, tworzy nowy region Hauts-de-France, jednak mieszkańcy Pikardii wciąż pielęgnują swoją odrębność – nie tylko poprzez tradycje, ale także dzięki własnemu językowi: językowi pikardyjskiemu.
Język pikardyjski należy do grupy języków langues d’oïl, z której wywodzi się także współczesny język francuski. Choć potocznie nazywany jest czasem „językiem ch’ti”, nie są to pojęcia tożsame – istnieją między nimi różnice fonetyczne i leksykalne.
Mimo że język ten jest nadal nauczany w niektórych placówkach edukacyjnych (na przykład na Uniwersytecie w Amiens – UPJV), liczba jego użytkowników systematycznie maleje. UNESCO uznało go za język poważnie zagrożony wymarciem.
Język pikardyjski różni się od francuskiego nie tylko słownictwem i gramatyką, ale także wymową. Poniżej kilka przykładów:
| Pikardyjski | Francuski |
| Anmiens | Amiens |
| ch’cinsier | fermier |
| vir | voir |
| Fifine | Joséphine |
| Ch’est ti | C’est toi |
| in preume | en premier |
| chl’onke | l’oncle |
| ech vinte | le ventre |
| tchien | chien |
Historyczna stolica regionu, Amiens, to miasto o wyjątkowym znaczeniu kulturalnym i architektonicznym. Dumą mieszkańców jest monumentalna Katedra Notre-Dame d’Amiens – arcydzieło gotyku wybudowane w latach 1220–1270. To najwyższa katedra we Francji, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
W Amiens warto odwiedzić również Musée de Picardie, jedno z najstarszych muzeów we Francji. W jego zbiorach znajdują się dzieła sztuki od starożytności po XIX wiek, a nawet… autentyczna mumia egipska.
Z Amiens pochodzą znane postaci, w tym Emmanuel Macron, obecny prezydent Francji, oraz Jules Verne, słynny pisarz, który znaczną część życia spędził właśnie tutaj. Dziś można zwiedzać jego dawny dom oraz Cyrk Jules’a Verne’a, przy którego otwarciu sam autor wygłosił mowę.
Amiens nazywane bywa również „Małą Wenecją Północy”, dzięki licznym kanałom wodnym przecinającym zabytkowe uliczki dzielnicy Saint-Leu. Atrakcją są też ogrody „Hortillonnages” – ponad 300 hektarów pływających ogrodów, które można zwiedzać łodzią.
Silna tożsamość kulturowa mieszkańców Pikardii widoczna jest nie tylko w języku, lecz także w architekturze, sztuce i kuchni. Charakterystyczne czerwone cegły z białymi wykończeniami dominują w zabudowie wsi i miast. Region ten ma również swoje unikalne instrumenty muzyczne – dudy pikardyjskie, znane jako pipasso, wykorzystywane w tradycyjnej muzyce ludowej.
W lokalnej kuchni królują specjały, takie jak:
Co ciekawe, wielu badaczy uważa, że styl gotycki narodził się właśnie w Pikardii. Katedry, kościoły i budowle tego regionu stanowią często wzór i punkt odniesienia dla całej europejskiej architektury sakralnej późnego średniowiecza.
Pikardia to świetne i mało oczywiste miejsce na wakacje we Francji. Piękna architektura, wspaniała kultura i pyszne jedzenie przyciągają turystów z całej Francji i nie tylko.
Dominika Lella
Jest 1914 rok. Trwa I Wojna Światowa. Na froncie zachodnim, niemieckie wojska posuwają się naprzód, niebezpiecznie zbliżając się do Paryża. Mają nadzieję na to, że Plan Schlieffena powiedzie się i szybko pokonają Francję. W końcu docierają nad brzeg rzeki Marny. Francuzi zaczynają panikować, rząd ucieka ze stolicy. 5 września rozpoczyna się pierwsza bitwa nad Marną. Sytuacja robi się coraz bardziej krytyczna. Konieczne jest wzmocnienie 6 armii generała Maunoury’ego. Żołnierze czekają w stolicy na transport, ale w okolicy brakuje już środków transportu – same pociągi nie wystarczają. Dlatego też wojskowy gubernator Paryża – generał Gallieni oraz szef sztabu – generał Clergerie wpadają na pomysł, aby żołnierzy na front zawiozły paryskie taksówki.
6 września 1914 roku francuska armia zaczęła rekwirować pierwsze pojazdy. W nocy pierwsze 630 taksówek zebrało się na Les Invalides w Paryżu i wyjechało w stronę Tremblay-Lès-Gonesse i Mesnil-Amelot (później zostali jednak skierowani w stronę Sevran-Livry). Kolejne 700 taksówek ruszyło natomiast w kierunku Gagny. W miejscu docelowym zaczęto organizować konwoje, które w nocy z 7 na 8 września ruszyły na front, a dokładniej do Nanteuil-le-Haudouin i Silly-le-Long, gdzie nad ranem przetransportowali już żołnierzy. W każdej taksówce jechało od 4 do 5 mężczyzn z 103 i 104 pułku. Łącznie przewieziono 6000 żołnierzy wraz z ekwipunkiem. Po zakończeniu transportu taksówkarze powrócili do stolicy, gdzie odebrali należyte wynagrodzenie, które było naliczane w normalny sposób według taksometru. Łącznie akcja ta kosztowała 70 000 franków.
Mimo iż wydarzenie to do dzisiaj budzi podziw i uznanie, to sama podróż nie odbywała się bez przeszkód. Nie wszystkie pojazdy były do niej przystosowane. Zdarzały się sytuacje uszkodzonych i przebitych opon. Dodatkowo taksówki miały zapalone tylko tylne światła, co w warunkach nocnych było znaczącym problemem. Niektóre taksówki drogę, lub (mimo prędkości 25 km/h) zderzały się z innymi pojazdami. Nasiliło się to w szczególności, gdy pojazdy wracające z miejsca docelowego mijały się na wąskich drogach z tymi, które jeszcze nie dowiozły żołnierzy.
Dominika Lella
Czerwiec 1764 roku, w regionie Gévaudan, był początkiem chaotycznego okresu, który na lata wstrząsnął lokalną społecznością. Cała historia zaczęła się w Langogne, gdy młoda dziewczyna wbiegła do wioski w potarganych ubraniach. Przestraszona zaczęła opowiadać o ataku wielkiej, przedziwnej bestii, która wyłoniła się z lasu. Początkowo mieszkańcy twierdzili, że zaatakowana pasterka pomyliła bestię z wilkiem, lecz kiedy kilka dni później we wsi Hubacs znaleziono rozszarpane zwłoki 14 letniej dziewczynki, zaczęto mieć wątpliwości. W ciągu kolejnych miesięcy znajdowano coraz więcej ciał zaatakowanych kobiet i dzieci. Ludzie zaczęli popadać w panikę, bali się wychodzić z domu, a swój udział w powszechnym niepokoju mieli również księża, głosząc, że ataki to nic innego jak kara za grzechy mieszkańców.
W październiku w mieszkańcach narodził się cień nadziei. Łowczym udało się wytropić bestię. Myśliwi strzelili do potwora kilka razy, ale on i tak uciekł do lasu bez szwanku. Panika była ogromna, a opowieści osób, które przeżyły spotkanie z bestią tylko podsycały strach. Wieści o tych atakach dotarły aż do króla Ludwika XV, który wyznaczył dużą sumę pieniędzy za głowę potwora. Do Gévaudan zaczęli więc zjeżdżać najznamienitsi myśliwi z całej Francji. Jednym z nich był Francois Antoine, znany jako Wielki Łowczy Wilków Królestwa. Podczas tych polowań zabito masę zwierząt z nadzieją, że uda się złapać bestię. A poszukiwaniom nie pomagał fakt, że teren był bardzo zalesiony i posiadał liczne tunele kopalniane, gdzie bestia mogła się łatwo schować. 21 września 1765 pojawiły się pierwsze przesłanki o sukcesie łowczych. Tego dnia zabito wilka, który miał 170 cm długości, a w jego wnętrznościach znaleziono czerwoną tkaninę. Wszystko wskazywało na to, że to właśnie to zwierzę terroryzowało okolice przez ostatni rok. Truchło zwierzęcia przewieziono na dwór królewski, gdzie pokazywano je gościom. Kiedy wszyscy myśleli, że już wszystko wróciło do normy, doszło do kolejnych ataków – bestia dalej grasowała po okolicy. Wszystko zmieniło się gdy na horyzoncie pojawił się niespodziewany bohater – Jean Chastel. Był on osobą kontrowersyjną i nielubianą w okolicy – zajmował się między innymi kłusownictwem, a od kłopotów ratowała go znajomość z lokalnym markizem. Jego opinii nie poprawiał również fakt, że jego synowie byli zamieszani w aferę związaną z bestią. Podczas jednego ataku, gdy łowczy mieli już potencjalną bestią na celowniku to właśnie oni zepchnęli ich z urwiska. Myśliwi przeżyli, a bracia wylądowali w więzieniu. Spowodowało to jeszcze większa nagonkę na całą rodzinę. Kontrowersji dodawał fakt, że kiedy bracia zostali zamknięci w więzieniu to ataki przez jakiś czas ustały. Tymczasem nastał czerwiec 1767 – potwór grasował już od 3 lat. Właśnie wtedy 19 czerwca markiz d’Apcher postanowił zorganizować wielkie polowanie, w którym wziął też udział Jean Chastel. Bardzo się do tego przygotował – miał ze sobą specjalne srebrne kule z wyrytym krzyżem, które dodatkowo poświęcił w wodzie święconej. Podczas tego polowania markiz udał się na polanę, gdzie zaczął na głos czytać Biblię, a z lasu wyszła na nich bestia. Chastel strzelił tylko raz. To wystarczyło. Szczęśliwi mieszkańcy oglądali zabalsamowane ciało potwora, które zostało następnie zawiezione na dwór króla, który (ze względu na zły stan ciała) kazał je zakopać. Ataki ustały. Bestia w ciągu trzech lat zabiła 104 osoby.
Czym tak naprawdę była bestia?
Najpopularniejsza hipoteza mówiła, że był to wilk. Jednak nie była to jedyna wersja. Niektórzy twierdzili, że na pewno nie mogło być to znane im zwierzę. Do takich osób należał garbarz Boudet, który wraz z pomocnikami został zaatakowany w lokalnym wąwozie. Twierdził on, że bestia ta była zwinniejsza od wilka i posiadała czerwone plamki po bokach. Znaleźli się też zwolennicy teorii, że mógł to być wilkołak – ponieważ w lesie można było słyszeć donośny śmiech. Niektórzy świadkowie wspominali, że na brzuchu potwora widzieli coś co przypominało guziki, na tej podstawie uważali, że jest to człowiek przebrany za jakiegoś stwora. Kolejne popularne teorie mówią także o tym, że było to jakieś egzotyczne zwierzę, nieznane prostym mieszkańcom wiosek, które mogło pochodzić z modnej w tamtych czasach menażerii. Tę ostatnią wersję dodatkowo podsyca fakt, że bracia Chastel, którzy byli oskarżani o powiązania z bestią, posiadali właśnie takie zwierzęta, a wśród nich była hiena. Pasowała ona do opisu, który podawali mieszkańcy – posiadała cętki i dawała odgłosy , które mogły przypominać śmiech, a na dodatek, według świadków, bestia nigdy nie atakowała Chastelów, a wręcz przeciwnie – zachowywała się jakby ich znała. Wyjaśniałoby to również dlaczego bracia zdecydowali się zepchnąć w przepaść myśliwych, którzy mieli bestię na celowniku – chcieli uratować swoje zwierzę.
Autorka: Dominika Lella
Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes to jeden z najbardziej prestiżowych festiwali filmowych na świecie. Wielu twórców marzy o tym, by otrzymać słynną Złotą Palmę.
Choć dziś festiwal przyciąga tysiące ludzi z całego świata, jego początki były burzliwe. Idea narodziła się w latach 30. XX wieku, po skandalu, do którego doszło na festiwalu w Wenecji w 1938 roku. Pod wpływem nacisków Hitlera i Mussoliniego jury przyznało wówczas nagrodę nazistowskiemu filmowi propagandowemu, co spotkało się z oburzeniem Francuzów. Minister Kultury i Sztuki Jean Zay, dyplomata i historyk Philippe Erlanger oraz dziennikarz filmowy Robert Favre Le Bret postanowili stworzyć konkurencyjny festiwal wolny od politycznych wpływów. Wybrano Cannes na Lazurowym Wybrzeżu, a pierwszą edycję zaplanowano na 1 września 1939 roku.
Przygotowania ruszyły — Jean-Gabriel Domergue zaprojektował oficjalny plakat, a do miasta zaczęli przybywać pierwsi goście. Niestety, wybuch II wojny światowej pokrzyżował plany. Zdążono wyświetlić tylko jeden film – Quasimodo w reżyserii Williama Dieterle – podczas gali otwarcia 31 sierpnia. Festiwal udało się wznowić dopiero po siedmiu latach, 20 września 1946 roku, dzięki zbiórce środków na jego organizację.
Od początku przyjęto zasadę, że festiwal ma być wolny od cenzury i politycznych nacisków. W pierwszej edycji udział wzięły 21 państw, a pokazy odbywały się w dawnym miejskim kasynie. Jednak kolejne lata przyniosły trudności. W 1948 i 1950 roku z powodów finansowych festiwal w ogóle się nie odbył. W 1949 roku zawalił się dach nowo wybudowanego Palais des Festivals, a organizatorzy wprowadzili wówczas obowiązek noszenia eleganckich strojów, by podnieść rangę wydarzenia.
Początkowo Cannes konkurowało z odbywającym się w podobnym terminie festiwalem w Wenecji. Dopiero po przeniesieniu terminu na wiosnę zaczęło zyskiwać na popularności. Przyczyniły się do tego również liczne skandale, w tym słynna sytuacja z 1954 roku, gdy aktorka Simone Silva pozowała do zdjęć topless na plaży, co zakończyło się jej wydaleniem z Cannes.
W 1955 roku po raz pierwszy wręczono Złotą Palmę — nagrodę główną, której kształt nawiązuje do herbu Cannes. Autorką projektu była Lucienne Lazon. Pierwszym filmem nagrodzonym Złotą Palmą był Marty w reżyserii Delberta Manna. Dwa lata później w składzie jury po raz pierwszy zasiadła kobieta — Dolores del Rio.
Mimo starań organizatorów, by trzymać festiwal z dala od polityki, nie zawsze było to możliwe. Największym wyzwaniem okazał się rok 1968. W czasie trwania 21. edycji we Francji trwały studenckie protesty. Zamieszki w Paryżu i starcia z policją wywołały presję na organizatorów, by przerwać festiwal. Wielu twórców, w tym Roman Polański, wycofało swoje filmy. Ostatecznie festiwal zakończono przed czasem, a w tym roku nie przyznano żadnych nagród.
Dziś prestiż festiwalu jest ogromny, a Złota Palma uważana jest za jedno z najważniejszych wyróżnień filmowych. Do tej pory tylko dziewięciu reżyserów zdobyło ją dwukrotnie. Choć żaden polski twórca nie znalazł się w tym gronie, Polacy sięgali po Złotą Palmę — Andrzej Wajda otrzymał ją za Człowieka z żelaza, a Roman Polański za Pianistę.
Obok Złotej Palmy przyznawane są również inne nagrody, m.in. Grand Prix i Prix du Jury, które także cieszą się dużym prestiżem.
Autorka: Dominika Lella
XX wiek nie rozpoczął się dla Europy pomyślnie. Dziesiątki milionów ofiar, zrujnowane miasta, głęboka nieufność między narodami – to bilans jego pierwszej połowy. Właśnie w tym kontekście, zaledwie pięć lat po zakończeniu II wojny światowej, 9 maja 1950 roku francuski minister spraw zagranicznych Robert Schuman wygłosił deklarację, która na zawsze zmieniła losy kontynentu. Plan Schumana, przygotowany we współpracy z Jeanem Monnetem, był czymś więcej niż tylko propozycją gospodarczą – był śmiałą wizją nowej Europy opartej na współpracy, a nie konfrontacji.
Węgiel, stal i pokój
W sercu tego planu leżała bardzo konkretna idea: wspólna kontrola nad produkcją węgla i stali we Francji i Republice Federalnej Niemiec. Dlaczego właśnie te surowce? Węgiel i stal były wówczas fundamentem przemysłu zbrojeniowego. Ich wspólne zarządzanie oznaczało, że żadna z tych dwóch potęg nie mogła się zbroić bez wiedzy i udziału drugiej. W praktyce – wojna stawała się niemożliwa.
Ale to nie wszystko. Schuman i Monnet zdawali sobie sprawę, że polityczne pojednanie Niemiec i Francji musi oprzeć się na silnym fundamencie ekonomicznym. Plan zakładał stworzenie ponadnarodowej instytucji – Wysokiej Władzy – która zarządzałaby produkcją węgla i stali, niezależnie od rządów narodowych. Było to rozwiązanie rewolucyjne – po raz pierwszy część suwerenności miała zostać oddana wspólnej europejskiej instytucji.
Zarodek wspólnoty
Rok później, w 1951 roku, sześć państw – Francja, Niemcy, Włochy, Belgia, Holandia i Luksemburg – podpisały traktat ustanawiający Europejską Wspólnotę Węgla i Stali (EWWiS). To był pierwszy krok ku integracji kontynentu, który kilka lat później doprowadził do powstania Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (EWG) i Euratomu w 1957 roku, na mocy traktatów rzymskich. Z tych instytucji wyrosła dzisiejsza Unia Europejska.
Wizja Schumana nie była tylko politycznym projektem. Miała też wymiar społeczny – zakładała podnoszenie poziomu życia obywateli i zapewnienie trwałego pokoju.
Dzień Europy – święto pokoju i jedności
Na pamiątkę ogłoszenia tej przełomowej deklaracji 9 maja obchodzony jest Dzień Europy – święto pokoju, jedności i wspólnych wartości. W 2025 roku przypada jego 75. rocznica. Z tej okazji w państwach członkowskich Unii Europejskiej i na całym świecie odbywają się wydarzenia kulturalne, edukacyjne i symboliczne. Instytucje UE otwierają swoje drzwi, a budynki publiczne zostają podświetlone w barwach wspólnoty.
Siłą Planu Schumana było zrozumienie, że przyszłość Europy nie może opierać się na dawnych rytuałach zemsty i dominacji. Jego plan był pierwszym krokiem ku Europie, w której różnice nie dzielą – lecz budują.